Dawno mnie tutaj nie było. Tak się niestety poukładały moje sprawy rodzinno-zawodowe, że blog musiał zejść na plan ostatni. Ja nie chcę i nie potrafię robić sztucznego tłumu na blogu. Nie prowadzę rozdawajek. Nie pisze postów „od czapy”. Dlatego jest jak jest. Nie chcę tutaj wykraczać poza sprawy związane z chustonoszeniem. Jego teorią i praktyką. Taki jest i będzie cel niniejszego bloga. Ostatnio jestem coraz mniej aktywna na forach i swapach chustonoszeniowych. W zasadzie przejęłam postawę obserwatora. Obserwuję, czytam i powiem wprost i kolokwialnie: gałki mi z orbit wychodzą, a uszy więdną…

Ostatnio (nie tylko ja) natrafiłam na wypowiedź jednej z młodych fizjoterapeutek i mam odradzających noszenie w chuście jako bezsensowne i nikomu nie potrzebne. Nie będę tutaj go cytowała, bo nie chcę robić kryptoreklamy. Jak ktoś nie wie, o jaki artykuł chodzi, to niech do mnie napisze, to nakieruję. Oczywiście Pani ma prawo wyrażania swojego zdania. Ale czasem mam wrażenie, że niektórym ludziom się wydaje, że jak jest się świeżo upieczonym przedstawicielem jakiegoś zawodu, to daje to prawo bycia wyrocznią w pewnych kwestiach i oceniania poczynań innych rodziców.

W tym artykule nie chcę nikogo oceniać. Jednak nie jestem w stanie przejść obok tej wypowiedzi obojętnie. Czuję się
w obowiązku zdementowania nieprawdy, jaka została tam napisana. Jak układam sobie w głowie kontrargumenty do haseł rzuconych przez Panią Fizjoterapeutkę, to w zasadzie mogłaby powstać na ten temat wielustronnicowa praca. Postaram się jednak oszczędzić Wam czasu i przedstawić swoje najważniejsze myśli. Ktoś mógłby powiedzieć: „No tak. To teraz doradca się wypowie w kontrze do tamtego stanowiska. Jak się jest zwolennikiem chustonoszenia to się je przyjmuje bezkrytycznie!”. Nic bardziej błędnego. Chustonoszenie to jedna z dróg, jaką podążają rodzice wychowując swoje dzieci. Można wychować szczęśliwe dziecko i zbudować z nim głęboką więź nie nosząc go w chuście. O teorii więzi warto poczytać sobie Evelin Kirkilionis „Więź daje siłę” [Mamania 2014]. Kończąc tę myśl, chciałabym, abyście wiedzieli, że jako rodzice nic nie musicie. Nie musicie nosić w chuście, aby być dobrymi rodzicami. Nie musicie posiadać wózka, detektora oddechu, płaczu i innych gadgetów, aby być dobrymi rodzicami. Nikt nie ma prawa wam mówić w jaki sposób macie karmić swoje dziecko. Czy macie z nim spać czy nie, o której godzinie powinniście kłaść dziecko, w jaki sposób je karmić, jak się w nim bawić, jakie kawiarnie odwiedzać, kiedy odpieluchować, co dziecko powinno a czego nie. To Wasza prywatna sprawa. Wy to wszystko możecie. Jedyne co musicie to KOCHAĆ i SZANOWAĆ wasze dziecko. Bo to też jest człowiek. Tylko, że zamknięty w mniejszym ciele. I ten artykuł też możecie wyrzucić do kosza Waszych myśli, jeśli będziecie czuli, że jest dla was nieużyteczny 😉

To, że komuś nie wyszło z chustonoszeniem, to wcale nie znaczy, że Wam też nie wyjdzie. Jeśli chcecie nosić i czujecie, że jakiś względów będzie to dla was korzystne to proszę bardzo. W swojej pracy spotykam się z różnymi rodzicami. Z takimi, którzy noszą, bo jest to ich sposób na pogłębianie więzi z dzieckiem. Z takimi, którzy noszą, bo dziecko uspokaja się tylko jak jest blisko rodzica. Z takimi, którzy noszą, bo sytuacja życiowa ich do tego zmusila (np. mieszkają w kamienicy na 4 piętrze). Z takimi, którzy po kursie stwierdzają, że chusta to jednak nie to. Z takimi, którzy nie czują potrzeby noszenia w chuście. Dla mnie każda z tych postaw jest w porządku. W zasadzie to nie mam prawa do gratyfikowania jednych względem drugich. Nikt nie ma do tego prawa. Ani pediatra, ani fizjoterapeuta, ani teściowa, nawet rodzona matka nie ma do tego prawa. Czyżbym się trochę unosiła? Nie, skądże! Ja się bardzo unoszę. Abstrahując od argumentów wysuniętych przez Panią Fizjoterapeutkę, do których się zaraz odniosę, nie podoba mi się postawa oceniająca innego rodzica przez pryzmat swoich niepowodzeń. Jeszcze raz powtarzam: to, że komuś coś nie wyszło, nie znaczy, że jest to niekorzystne dla reszty. Słuchajcie własnego serca i instynktu.

Wracając do clue. O tym, czy doradcy noszenia dzieci w chustach są rodzicom potrzebni, czy nie pisałam jakiś czas temu. Zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu (klik). Faktem jest, że więź jaka wytwarza się po porodzie między matką a dzieckiem jest silna. W większości przypadków, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości (choć sprawa nie jest tak bardzo oczywista, jak się może wydawać). Ale mam trzy „Ale”:

  1. A co z więzią między ojcem a dzieckiem? Między nimi nie wytwarza się już taka naturalnie silna więź. Czy ojcom zatem nie należy się? Dla wielu z nich właśnie chustonoszenie staje się elementem budowania pierwotnej więzi ojciec-dziecko. Sprawę pozostawiam otwartą do przemyślenia przez każdego w swoim sercu.
  2. Taka naturalna więź matka-dziecko wymaga pielęgnacji. To nie jest tak, że ona się wytwarza i po prostu jest. Nie ma tak łatwo. Trzeba o nią dbać. Na pielęgnowanie tej więzi jest jednak wiele sposobów. Chustonoszenie jest jednym z wielu.
  3. Co z dziećmi o usposobieniu „high need baby” (dla nieobeznanych z tą terminologią zapraszam do lektury- klik)? Takie, które mimo owej naturalnej więzi potrzebują wyjątkowej bliskości z rodzicem i chcą być niemalże bez przerwy noszone na rękach? Czy one (oraz opiekunowie) też nie potrzebują „kawałka szmatki” i „dodatkowego przywiązywania”? Ten aspekt również pozostawiam do rozważenia.

W wypowiedzi Pani Fizjoterapeutki został podany przykład afrykańskich kobiet, które wiążą w pierwszy lepszy kawałek materiału, tak jak potrafią, tak jak się nauczyły od swoich matek, nie zwracając uwagi na ułożenie miednicy… Problem afrykańskich matek i rozwoju dzieci jest bardziej złożony. Taki sposób wiązania nie jest kluczem do sukcesu w społeczeństwach europejskich. Zdaję sobie sprawę, że ten problem wymagałby głębszego wyjaśnienia, co zamierzam uczynić w osobnym artykule. Krótko mówiąc: Europa to nie Afryka (nie urągając nikomu). Ze względu na wiele czynników (m.in. industrializacja, postęp cywilizacyjny, rozwój i powszechny dostęp do medycyny) związanych z uprzemysłowieniem i wzrostem gospodarczym, ewolucji podległ również układ kostno-stawowy człowieka. Krótko mówiąc: Europejczycy są inaczej zbudowani niż Afrykańczycy. Mamy inną długość kości piszczelowych, inny układ kręgosłupa, inne ustawienie miednicy itp. Co to dla nas oznacza? Ano to, że nie jesteśmy przystosowani do noszenia na wzór afrykański. Jak ktoś chce się przekonać na własnej skórze, to niech po prostu spróbuje w taki właśnie sposób zawiązać dziecko. Gwarantuję, że po 15 minutach maksymalnie będzie was bolała cała obręcz barkowa oraz odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Poza tym w Europie nie mamy problemu selekcji naturalnej, głodu, niedożywienia i chorób z tego wynikających. Mamy natomiast problem z żywnością wysoko przetworzoną i chemią w żywności, co wywołuje problemy alergiczne oraz astmatyczne. Ale ten aspekt ma akurat najmniejszy wpływ na noszenie w chuście. Szkoda tylko, że autorka wypowiedzi gratyfikującej afrykańskie kobiety nie przytoczyła wyników badań pokazujących jak wiele z nich oraz ich dzieci ma problemy chociażby z wadami postawy. Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie chcę tutaj ganić tych kobiet, że nie dbają o jakość noszenia. To nie tak. Taka jest u nich norma noszenia. Taka tradycja przekazywana z matki na córkę. One tam nie mają po prostu wyboru. Większość tych plemion nie jest jeszcze na etapie posiadania świadomości, że dziecko rozwija się tak czy siak. Tam nie ma czegoś takiego jak standardy opieki okołoporodowej. Porody w szpitalach to luksus. Zdajecie sobie sprawę, że ciężarne kobiety potrafią iść do szpitala pieszo? Wędrówka trwa niejednokrotnie kilka dni. Kolejne dni one koczują pod szpitalem oczekując na akcję porodową. I jeszcze muszą mieć szczęście, że znajdzie się dla nich wolne łóżko. USG? Badania prenatalne? Zapomnijcie! Jaka jest konkluzja? Matki w afrykańskich plemionach nie są gorsze czy lepsze od europejek. Są inne. A my nie możemy się porównywać do Afryki. Nie tędy droga. Ze względu na uwarunkowania cywilizacyjne i stan układu kostno-mięśniowego nie możecie nosić „byle jak”. Jakość wiązania jest bardzo ważna. Nic się nie stanie, że na początku swojej chustonoszeniowej drogi będzie popełniać błędy. To normalne. Chustonoszenie jest trochę jak jazda na rowerze- najpierw poznajesz zasady jazdy, a później musisz się nauczyć samej jazdy. Nie od razu przejedziesz maraton. I z chustonoszeniem jest podobnie. To jak najbardziej normalne, że będziecie popełniać błędy. Nie zepsujecie dziecka tak od razu. Ono sobie z Wami poradzi. Ważne jest natomiast to, abyście mieli świadomość swoich błędów i wiedzieli jak je poprawić. I tutaj własnie potrzebni są doradcy. Dopóki wiedza związana z chustonoszeniem nie będzie na powrót przekazywana z matki na córkę i nie będziemy jej miały „we krwi” już od najmłodszych lat, doradcy noszenia dzieci będą potrzebni.

Nieprawdą jest, że dzieci wiązane są zawsze w taki sam sposób. Kto choć trochę zagłębił temat chustonoszenia, wie, że tak nie jest. Sposobów wiązania dzieci są setki. Można je nosić w pozycjach wertykalnych, jak i kołyskowych. Można nosić na biodrze, na brzuchu, na plecach. Można stosować wiązania symetryczne i niesymetryczne. Można stosować chusty kółkowe, długie oraz całą szeroką gamę nosideł. Od wyboru do koloru. Rodzaj wiązania powinien być oczywiście dobrany do potrzeb i umiejętności rodzica oraz etapu rozwoju na jakim znajduje się dziecko. Ważne jest, aby dziecku i rodzicowi było wygodnie. Do tanga trzeba dwojga.

Nieprawdą jest, że dzieci noszone w chuście nie mają możliwości ruszenia się, są w niej skrępowane i nie mają możliwości ruszać główką. Kto nosił kiedykolwiek dziecko w chuście, ten wie, że maluchy potrafią być niejednokrotnie bardzo aktywne podczas noszenia. Mogą ruszać nóżkami i rączkami. Mogą ruszać głową! Chusta to nie jest ciasny futerał, w który wciskamy dziecko. Chusta ma być na tyle ciasno zawiązana, aby podpierać wszystkie mięśnie dziecka. To nie jest kołnierz ortopedyczny, który zaciskamy tak mocno, aby dziecko nie mogło głową ruszyć. Obawa o zbyt ciasne zawiązanie chusty jest bardzo powszechnym lękiem, jaki towarzyszy rodzicom na początku drogi noszenia w chuście. Bardzo szybko jednak tacy rodzice przekonują się, że nie tak łatwo jest zawiązać dziecko zbyt ciasno.

Sprawa kręgosłupa i rzekomego nadmiernego wyprostu. Nic takiego nie ma miejsca. Najbardziej intensywny czas w rozwoju kręgosłupa małego człowieka przypada na pierwszy rok jego życia. Kolokwialnym językiem mówi się, iż kręgosłup przechodzi wówczas z wygięcia w literkę „C”, z jakim mały człowiek się rodzi, do wygięcia w literę „S”. Zmiany w układzie kręgosłupa związane są w takimi aspektami rozwojowymi jak umiejętność samodzielnego trzymania głowy, siedzenie, chodzenie. Taka nazwijmy to transformacja to duży wysiłek dla malucha, dlatego rodzice nie powinni mu już dokładać ćwiczeń. Chusta to nie jest miejsce, w którym dziecko ma dodatkowo ćwiczyć, ale się w nim relaksować. Jak się ma noszenie w chuście do układu kręgosłupa prezentuje poniższa grafika:

 

Zauważcie, że noszenie w chuście nie ma wpływu na układ kręgów. Kręgosłup dziecka układa się tak samo podczas noszenia jak i nienoszenia w chuście. Ponadto istnieją badania naukowe na temat wpływu noszenia w chuście w pozycjach pionowych na wady kręgosłupa i miednicy i małych dzieci. Badania te nie wykazały różnic w ilości między dziećmi noszonymi w chuście, a tymi nienoszonymi [E. Kirkilionis, „Dobrze nosić”, Mamania 2014]!

Oczywiste jest, że dziecko, aby prawidłowo się rozwijało, z jednej strony potrzebuje bliskości rodzica (którą można zapewnić m.in. podczas chustonoszenia), a z drugiej potrzebuje podłogi. I zadaniem rodzica jest znaleźć ten złoty środek. Nie będzie dobrze jeśli przez pierwszy rok życia dziecka nosilibyśmy je przez 20h na dobę w chuście. Przedstawiona sytuacja jest czysto hipotetyczna i wręcz niemożliwa. Czas noszenia będzie przerywany chociażby przez konieczność nakarmienia malucha, przewinięcia go, chęci zmiany aktywności itd. Najpewniej w życiu wielu rodziców są takie dni, kiedy nosimy więcej, takie w które nosimy mniej i takie w które nie nosimy w ogóle. Jedne dzieci wymagają częstszego i dłuższego noszenia, a inne mniej. Wystarczy tylko, że będziecie się wsłuchiwać w swoje potrzeby nawzajem. A noszenie w chuście sprzyja wczesnemu rozpoznawaniu potrzeb malucha o czym pisał wielokrotnie William Sears [„Księga rodzicielstwa bliskości” Mamania 2013; „Księga wymagającego dziecka” Mamania 2013 „Księga dziecka” Mamania 2017]  oraz Evelin Kirkilionis [„Więź daje siłę” Mamania 2014, „Dobrze nosić” Mamania 2014] oraz Magda Sendor [„Noś swoje dziecko” Harmonia 2008].

Słyszeliście kiedyś, że wieszanie karuzelki na łóżkiem noworodka nie ma sensu? Jak nie słyszeliście to ja wam teraz mówię. Wiecie na jaką odległość widzi noworodek? 20-30cm. To teraz każdy niech idzie i sobie zmierzy na jakiej wysokości od gałek ocznych dziecka wieszał karuzelkę i się później dziwił, że się dziecko nie interesuje. A teraz wiążemy malucha w chustę i mierzymy odległość od twarzy malucha do twarzy mamy lub taty. I ile wam wyszło? Pytanie jest oczywiście przekorne, bo w przypadku karuzelki powinien wam wyjść jakiś 1m, a w przypadku noszenia w chuście właśnie 20-30cm! Zbieg okoliczności? Nie sądzę! 🙂

Już kończąc ten jakże długi i emocjonalny wywód: Może gdyby bohaterka mojego artykułu, Pani Fizjoterapeutka Paulina kupiła porządną chustę i dobrze dobrała wiązanie, a na naukę udała się do doradcy noszenia lub na jeden z wielu odbywających się w rejonie spotkań chustowych (uwaga: darmowych!) organizowanych przez Stowarzyszenie Poznań w Chuście, to miała by inne zdanie. A jeśli nie, to podparłaby swoje stanowisko rzetelną wiedzą, popartą badaniami i naukowym wywodem na wysokim poziomie. Być może. A być może nie.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*
Website